Jak spakować rodzinę na wakacje – rady całkiem od parady

dolls-1706173_960_720

– Mamo, mamo, czy mogę zabrać słonia? I królika? I krokodyla?

– Dobrze, dobrze, tak, tak… Zaraz, zaraz, jakiego słonia? Tą maskotkę wielkości połowy szafy? Nie ma mowy!

Urlop… Moment, na który czeka się cały rok, mobilizując resztki sił, aby dotrwać do wymarzonych chwil odpoczynku. Dla mnie wakacje były już tuż, tuż. Niemal za progiem. Ale żeby nacieszyć się urokami dwóch tygodni beztroskiego luzu i relaksu z trójką małych, upierdliwych minionkopodobnych stworów, musiałam wykonać jeszcze jedno zadanie: spakować do samochodu naszą pięcioosobową rodzinę. Zaczęło mi się wydawać, że wolałabym zgłosić się do jakiegoś zadania mającego większe szanse na sukces: przeciśnięcia wielbłąda przez ucho igielne na przykład. Albo przygotowania się do egzaminu z pedagogiki, który miałam zdawać następnego dnia tuż przed wyjazdem. Poczytywałam teraz kątem oka notatki z całego roku, usiłując równocześnie dokonywać selekcji rzeczy znoszonych mi z całego domu przez ukochanych najbliższych. Maskotki, lalki, samochodziki bez kół i pojedyncza skarpetka z pomponem – według nich absolutne niezbędniki do spędzenia satysfakcjonujących wakacji.

– Jak nie mogę wziąć ulubionego słonia… – Średniemu dwie wielkie łzy pojawiły się w niebieskich oczach i wolno zaczęły spływać po policzkach – …to w ogóle nie chcę jechać!

” Dziecko powinno mieć poczucie sprawstwa. Nie może czuć się ubezwłasnowolnione” – sylabizowałam, rozczytując z trudem swoje bazgroły w  zeszycie.

– Ok, weź co chcesz – poddałam się szybko. – Najwyżej wyjmę z torby swoje ubrania.

– Super! – ucieszył się mój synek. – To lecę jeszcze po hipopotama.

Tuptuś przydreptał do pokoju, trzymając w objęciach wielkie pudło z klockami lego. Z  wysiłkiem przechylił je nad otwartą walizką. Kolorowe bryły i figurki posypały się z hurgotem, zakrywając grubą warstwą zarówno starannie złożone dziecięce ciuszki, jak i podłogę wokół.

Westchnęłam.

– Może byście coś obejrzeli? Bajeczkę? – zasugerowałam z lekkim poczuciem winy z powodu niepedagogicznych działań wychowawczych.

–  Nie, pakowanie to lepsza zabawa – odparł niefrasobliwie Średni, rzucając na stos rzeczy kolejne ogromne maskotki.

– A ja bym za to coś zjadła – ożywiła się córka znad komiksu.

– Kanapeczkę z serkiem?

– Może być.

– A co się mówi?

– I z keczupem.

Do pokoju wkroczył mąż. Rozejrzał się dookoła i lekko przybladł.

– Mam nadzieję, że z jakiś powodów wyrzuciliście na środek te rzeczy, które zamierzacie zostawić w domu? Bo nie sądzisz chyba, że ja to wszystko zmieszczę do naszego auta?

– Ja już nic nie sądzę – jęknęłam i wróciłam do swoich zapisków.  -W psychologii społecznej jest napisane, że dziecko na pewnych etapach swojego życia bywa wredne i okrutne – przeczytałam głośno.

– A jest napisane, kiedy im to przechodzi? – mruknął mąż.

– I znowu nas obrażacie! – strzeliła focha Panna F. – Sama sobie zrobię tą kanapkę.

-I bardzo dobrze. Trzeba kształtować w dzieciach potrzeby rozwoju i samowystarczalności.  Zaraz znajdę, który psycholog to powiedział. A zrobisz też braciom? – zapytałam z nadzieja.

– A może ich też byście wspierali w rozwoju samodzielności? – wkurzyła się córka.

Popatrzyłam na Tuptusia, który właśnie w skupieniu wyciągał z opakowania swoje pieluszki i upychał je w kieszeniach plecaka.

– „Poziom cywilizacji społeczeństwa jest mierzony tym, jaki stosunek mamy do słabszych istot potrzebujących pomocy” – zacytowałam zaglądając do notatek. – Jak mam nas spakować i zdać ten cholerny egzamin, to zdecydowanie czuję się słabo i potrzebuję wsparcia. Zwiększ swój poziom cywilizacji i weź chłopaków do kuchni. Zróbcie razem te kanapki, byleby mi tu nie przeszkadzali przez chwilę!

– A keczupem możemy sobie sami posmarować? I masełkiem? – uradował się Średni

– Będziesz tego żałować – szepnął ostrzegawczo mąż

– I wziąć tyle bułeczek ile chcemy?

– „Dziecko nie powinno czuć się ubezwłasnowolnione, my natomiast powinniśmy jego pracę i cele organizować, stwarzać dogodne warunki, a na końcu dokonywać ewaluacji. Wszystko w sposób harmonijny” – rozczytałam się z trudem. –  Już wolę potem sprzątać kuchnię niż mordować się z nimi przy pakowaniu – odszepnęłam mężowi.  I jednym ruchem wysypałam wszystkie klocki z walizki.

– Co ty tu napakowałaś? Syropek na kaszel, syropek na ból gardła, nebulizator, środki na rozwolnienie, plastry, bandaże? Wzięłaś pół apteczki! Przewidujesz wybuch jakiejś epidemii w najbliższym czasie?

– No właśnie w tym rzecz! – wyprostowałam się z wigorem, bo temat był dla mnie emocjonujący. – Jak biorę te wszystkie lekarstwa, to dzieci nie chorują i ich nie potrzebują! A jak tylko o czymś zapomnę, to natychmiast ten lek okazuje się produktem pierwszej potrzeby!

– No to może weź wszystkie… – mąż na widok mojego nagłego wzburzenia zaczął wycofywać się ostrożnie.

– No ale wtedy się nie przydają i tylko zajmują miejsce! Tyle toreb się wozi w te i we w te niepotrzebnie!

– To co proponujesz, mam na dzieci jakoś nakasłać zaraz po przyjeździe, żeby się leki nie zmarnowały? – mąż patrzył się na mnie w osłupieniu.

– No może niekoniecznie… – ochłonęłam odrobinę i z powrotem wrzuciłam do walizki kila zabawek.

– Mamo, mamo! – dobiegł mnie straszny krzyk z kuchni

– Co się stało? – przeraziłam się. – Masełko wam spadło na podłogę? Pomidorki się rozsypały?

– Nie… – Średni wbiegł podekscytowany do pokoju. – Bym zapomniał mojego Sebastiana!

Sebastian – wielki, zielony, dmuchany krokodyl to absolutny niezbędnik dla moich dzieci podczas jakiejkolwiek wycieczki nad wodę. Kochają go miłością wielką i cud, że jeszcze nie rozszarpali z tej miłości na strzępy.

– Gdzie on jest??- Średni kucnął przy szufladzie i wyrzucał z niej po kolei wszystkie rzeczy. – Mam! – krzyknął radośnie i przytulił czule sflaczały odwłok do piersi. – Popłyniemy sobie razem na środek jeziorka, pokażę ci rybki.

– Po moim trupie! – zareagowałam kategorycznie. – Żadnego odpływania daleko. Do wody wchodzisz tylko z którymś z nas i najwyżej do pasa.

– Ale przecież umiem pływać na Sebastianie – obraził się synek.

– Nie – odpowiedziałam desperacko i poczułam autentyczne przerażenie. – Woda to niebezpieczny żywioł. Kochanie, wytłumacz mu – zwróciłam się do wyższej instancji.

– Pilnujesz się nas, nie wchodzisz pod żadnym pozorem sam do wody, bo będziesz siedział na kocyku do końca wakacji i nawet czubka palca nie zamoczysz – powiedział stanowczo mąż.

– Ale przecież Sebastian nie tonie – Średni patrzył się na nasze spanikowane miny z lekkim zdumieniem. – A ja też już umiem pływać. Jak stąd do szafy kiedyś przepłynąłem.

– Ty to w wodzie na razie najlepiej nurkujesz. Głęboko. Żadnego oddalania się od nas! – wydałam stanowcze polecenie.

– No dobrze…  – z ociąganiem wyraził zgodę synek. – Ale i tak Sebastian z nami jedzie! – Średni cisnął zielonego flaka na stos leków i wybiegł z powrotem do kuchni.

– Ja się załamię – jęknęłam i osunęłam się na niedomkniętą walizkę. – Zwariuję z nimi. Dzieciom się wydaje, że są nieśmiertelne! I że nic im nigdy nie grozi! Jak im wytłumaczyć, że woda jest taka niebezpieczna? Teraz możemy ich nie spuszczać z oka, ale co potem? Jak będą nastolatkami? Ciągle się tylko słyszy o utonięciach…

– A na tych twoich studiach cię nie nauczyli, jak dzieci o niebezpieczeństwach edukować? – zapytał złośliwie mąż, ale spoważniał, widząc moją minę. – Trzeba rozmawiać. Uświadamiać zagrożenie. Opowiadać o prądach wstecznych, wirach w rzekach, o tym, że nawet dobry pływak może się zmęczyć i utonąć. I mieć nadzieję, że coś do tych ich zakutych łebków dotrze.

– No w sumie my jakoś przeżyliśmy okres dorastania… Choć teraz, jak sobie przypomnę, jakie miałam pomysły, to sama nie mogę uwierzyć, jak mi się to udało – westchnęłam głęboko.

Pogrążyliśmy się oboje w smętnej zadumie nad szaleństwami popełnianymi za młodu. Przynajmniej ja dumałam smętnie, bo coś mi się wydaje, że w oczach męża dostrzegłam przynajmniej odrobinę żalu i tęsknoty. Z tych wspomnień wyrwał nas dziki wrzask z kuchni

– Mamo, a on zjada całe masło!

– Mamo, a ona mi nie daje noża!

– Co my się martwimy ich nastoletnością, będzie cud, jak się sami nie pozabijają w ciągu tego urlopu…- powiedział mąż i skierował się z w stronę drzwi. Tuż przed odwrócił się z błyskiem w  oku.

– A w ogóle przecież teraz nie jedziemy nad wodę. Czym ty się martwisz, pod prysznicem mają się utopić?

– No fakt – ulżyło mi trochę. – Zapomniałam. Zakręcił mnie tym Sebastianem.

– Maaama!  – jeszcze bardziej desperacki krzyk dobiegł nas z kuchni.

– Idź do nich, bo ich uduszę – wysyczałam i wróciłam do swoich notatek.” Niezwykle ważna i istotna jest częstotliwość oraz intensywność kontaktów rodzica z dzieckiem” – doczytałam. Po czym wstałam i zdecydowanym ruchem zatrzasnęłam drzwi do pokoju.

Ostatecznie, dwa tygodnie razem na wakacjach to całkiem wystarczająca intensywność kontaktów z dziećmi, jak na mój gust. Nie ma co przesadzać z tą częstotliwością.

35 myśli na temat “Jak spakować rodzinę na wakacje – rady całkiem od parady

  1. Jak zwykle z przyjemnością przeczytała i jestem pełna podziwu żeby spakować taką ekipę 🙂 Ja zwykle się ograniczam i o dziwo potrafię robić to świetnie ale jak jedziemy samochodem to nijak nie umiem i dostaję zaćmienia umysłowego bo wszystko mi jest potrzebne haha Najwięcej miejsca zajmują nam książki bo oboje z synem upieramy się przy swoich pozycjach i mimo krojenia potrzeb na kawałki z tychże nie rezygnujemy haha Dobrze, że tata jest bardziej skondensowany 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ojoj, pakowanie dzieci to prawdziwe wyzwanie… Co najmniej 10 przytulanek (bo jak któraś zostanie, to będzie jej smutno), książki (te najładniejsze są zwykle największe) i planszówki w ogromnych kartonach… a to zaledwie ułamek 🙂 Nic, tylko wynająć osobną ciężarówkę. Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. U nas starsza córka pakuje się już rozsądnie sama, najwyżej żąda mojej obecności w tym samym pokoju. Za to młodsza do ubrań się nie wtrąca, a na zabawki dostaje swój plecaczek i może zabrać w nim wszystko co tylko chce, pod warunkiem, że się tam zmieści. Czasami znajdujemy tam później najdziwniejsze na świecie przedmioty.

    Polubione przez 1 osoba

  4. U nas z pakowaniem bywało różnie, ale teraz kiedy wyjeżdzamy dośc często mamy wszystko obcykane. Swoją drogą, wspaniały wpis!
    Poprawiłaś mi humor od rana. Uśmiałam się do łez. Życzę Wam zatem udanych wakacji !

    Polubione przez 1 osoba

  5. Planowałam dla dwojga. Na szczęście dość dużych. Ake Pukaczu i jakiś Dragon zawitał w walizkach 😂
    Moja siostra pakowała dla czworga dzieci ( wiek jak Twoje) i naprawdę głęboko podziwiam Was moje drogie.
    A ja nie spakowalam leku na gardło i zaraz będę zapylała do apteki po jakiś psikacz czy tabletki…
    Buziaki 😘

    Polubione przez 1 osoba

  6. Genialne! 😀 Tak mnie rozbawiłaś pierwszego dnia po wakacjach, który jawił jako smutny i ponury 🙂 My póki co mamy jedno dziecko i pakujemy do auta trzyosobowa rodzinę, ale historie podobne z wrzucaniem do walizek wszystkiego, co pod ręką i teoretycznie niezbędne, a a za parę minut wypakowywanie i proces zaczyna się od nowa 😉 Nie cierpię pakowania i tej myśli kiedy parkujemy pod domem, że teraz zacznie się jazda bez trzymanki z rozpakowywaniem 😀

    Polubione przez 1 osoba

    1. A ja rozpakowywania i robienia tysiąca prań po powrocie nie lubię chyba najbardziej, bo już nie ma w tym tej ekscytacji co z pakowaniem. A Wy chyba z samolotowych wojaży wrociliscie? Będzie o tym jakiś wpis? 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.