Cud narodzin

laboratory-470741_1280

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. W ogólnym zabieganiu, sprzątaniu, kupowaniu prezentów i szykowaniu kreacji na Wigilię łatwo zapomnieć, z jakiej okazji właściwie zasiadamy 24 grudnia przy odświętnie zastawionym stole. Poza choinką całą błyszczącą od bombek i światełek, poza szelestem rozpakowywanych niecierpliwymi rączkami paczek jest coś jeszcze – cisza żłóbka i zmęczenie Maryi, i pierwszy krzyk dziecka. Zawsze czysty, zawsze niewinny. Upragniony, wyczekiwany. Czasem wyczekiwany tak długo…

Zapraszam Was dziś na bardzo ważny dla mnie wywiad, z osobą, która z różnych powodów chce pozostać anonimowa. Kobietą, która długo walczyła o możliwość zostania mamą.Która pokonała chorobę i różne przeciwności losu, aby móc trzymać w ramionach wymarzone maleństwo.

Jak długo trwały Wasze starania o dziecko?

Porównując z historiami wielu znajomych par to niedługo.  Zaczęliśmy starania od razu po ślubie. Jakiś rok później zaczęliśmy się martwić, że się nie udaje. Rozpoczęły się wędrówki po lekarzach. Część z nich rozbudzało w nas nadzieję, że uda się zajść w ciążę naturalnie, a niektórzy kierowali nas od razu do kliniki niepłodności. Dostałam skierowania na badania,  m.in. hormonalne, a kiedy zaczęłam je robić, okazało się, że mam raka. Tak naprawdę to chęć posiadania dziecka i badania, które wykonałam w tym kierunku uratowały mi życie.

To musiała być dla Ciebie koszmarna wiadomość. Nie straciłaś nadziei na zostanie mamą?

W momencie, w którym dowiedziałam się, że mam raka, skoncentrowałam się na leczeniu. Pragnienie dziecka musiałam z żalem odłożyć na później. Cały czas jednak wierzyłam, że po skończonej chorobie dalej będziemy robili wszystko, co możliwe, żeby zostać rodzicami. Po około 3 latach od operacji zaczęliśmy znów starania o dziecko. Tym razem było zdecydowanie trudniej. Musiałam uzyskać zgodę od onkologów. Ze względu na przebytą chorobę i mój wiek lekarze nie dawali nam szans na zajście w ciążę w sposób naturalny. Nie było też mowy o inseminacji. Zdecydowaliśmy się z mężem, że podejdziemy do próby zapłodnienia metodą in vitro. Wiązało się to z dużymi kosztami finansowymi. Na szczęście udało nam się dostać do programu dofinansowania in vitro. Program ten został zawieszony w czerwcu 2016 roku, a moja procedura wszczepienia zarodka miała miejsce 28 maja. Dosłownie w ostatnim momencie!

Czego się najbardziej bałaś?

Nie bałam się w ogóle bólu fizycznego towarzyszącego całej procedurze, choć słyszałam, że kobiety często mają takie obawy. Najbardziej obawiałam się poronienia. Sytuacji, że udałoby mi się zajść w ciążę, ale bym ją straciła. Moje wcześniejsze starania o dziecko nigdy nie zakończyły się poronieniem, nie potrafiłam sobie wyobrazić takiego bólu. Poza tym miałam świadomość tego, że będziemy musieli sami ponieść koszty kolejnej procedury, a większość oszczędności już wydaliśmy na leczenie. W klinice, gdy czekałam na swój zabieg rozmawiałam z dziewczyną, która była po dziewięciu próbach in vitro i teraz przyjechała po raz dziesiąty, aby zapewnić rodzeństwo swojej urodzonej dzięki tej metodzie córce. Byłam pełna podziwu dla jej determinacji. Opowiadała, że po ośmiu nieudanych próbach zajścia w ciążę zastawili swój dom, żeby tylko móc spróbować po raz kolejny.

Jak wyglądał sam proces proces in vitro?

Składa się on z kilku etapów: najpierw przechodzi się jeszcze kilka badań takich jak morfologia, badania hormonu tarczycy i tym podobne oraz badanie wirusologiczne – HCV, HIV i WR. Kolejny etap to stymulacja hormonalna, która ma pobudzić dojrzewanie komórek jajowych. Zażywa się wtedy leki i przyjmuje codziennie zastrzyki. U mnie wystąpiła hiperstymulacja i jest to dosyć przykre doświadczenie. Dostałam koszmarnych wzdęć i bólu brzucha. Moje jajniki powiększyły się do wielkości pomarańczy. Było to szczególnie niekomfortowe w pozycji siedzącej, a chodziłam wtedy do pracy.

W tym samym czasie monitoruje się też cykl. Na koniec lekarz określa datę pobrania komórek jajowych, a następnie je pobiera. Ponieważ przystępowaliśmy do in vitro z programu, musieliśmy na proces pobrania komórek i późniejszego wszczepienia zarodka jeździć ponad 200 km od miejsca naszego zamieszkania. Takie były wtedy przepisy.

Późniejsza opieka odbywała się już w klinice, a w moim przypadku ciążę prowadziła doktor w moim miejscu zamieszkania. Po pobraniu ode mnie komórek i nasienia od męża nastąpił proces zapłodnienia. U mnie pobrano 18 jajeczek, a zapłodniło się 11 i powstało 5 prawidłowych zarodków. Po około 5 dniach pojechaliśmy na transfer. Pamiętam, że była to sobota, bardzo ciepły, piękny dzień. Mieliśmy trochę czasu i poszliśmy na spacer po parku. Tak naprawdę to chyba jeszcze do nas nie docierało, że już niedługo możemy zostać rodzicami.

Po zabiegu leży się około godziny, a następnie można wrócić do domu. Po około 11 dni od transferu robi się test beta HCG (na gonadotropinę kosmówkową, hormon produkowany głównie w ciąży). Oczywiście mnie wytrzymaliśmy i zrobiliśmy test ciążowy w domu. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak wyglądają dwie kreski na teście. Naszej radości nie sposób opisać słowami. Nie mogliśmy uwierzyć, że się udało za pierwszym razem.

I jak się czułaś w ciąży?

Po opadnięciu pierwszych emocji pojawił się strach i pytanie – co zrobić, aby nie stracić tej wymarzonej ciąży? Ten lęk był tak silny, że w pewnym momencie stwierdziliśmy, że musimy po prostu zdać się na opatrzność. Muszę być ostrożna, ale żyć normalnie. W ciąży czułam się super, mogłabym chodzić w niej cały czas. Do tego stopnia wyluzowaliśmy, że pod koniec czwartego miesiąca wyjechaliśmy w góry i tam po raz pierwszy nasze dziecko odwiedziło schronisko górskie.

Jaka była reakcja otoczenia odpowiedź na wieść o ciąży?

Jak się można spodziewać, wszyscy bardzo się cieszyli z naszego szczęścia. Zdecydowaliśmy jednak z mężem, że nie będziemy wtajemniczać naszych rodzin, w jaki sposób zaszłam w ciążę. Wywodzimy się z dosyć religijnych rodzin i wiemy, że nie wszyscy akceptowaliby naszą decyzję. Baliśmy się opinii otoczenia. Nawet najbliższa osoba z rodziny powiedziała kiedyś, że dzieci z in vitro „są chore i jakieś dziwne”. Nie chcemy, żeby ktoś powiedział naszemu dziecku, że jest z próbówki i rodzice je sobie kupili. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ile trzeba czasem przejść, żeby zostać rodzicem. Nawet ksiądz, u którego byłam u spowiedzi dał mi radę, żeby nie mówić nic w naszej parafii o tym, że moja ciąża była wynikiem in vitro.

Jesteś osobą wierzącą, czy czułaś kiedyś jakiś dyskomfort z powodu swojej decyzji o in vitro?

W sumie na początku nie, ale kiedy urodziło się już nasze dziecko to naszła mnie taka refleksja dotycząca czterech zamrożonych zarodków.  Tak naprawdę to my teraz zdecydujemy, czy z tych zarobków urodzą się dzieci, czy je zniszczymy czy oddamy komuś do adopcji. To jest dla mnie w całej procedurze najtrudniejsze. Wiem, że kiedyś przyjdzie mi za to odpowiedzieć przed Bogiem, ale na chwilę obecną na pewno nie żałuję decyzji, że zostaliśmy rodzicami. Zarodki są dalej zamrożone i najprawdopodobniej oddamy je do adopcji.

Serdecznie dziękuję za szczerą rozmowę!

26 myśli na temat “Cud narodzin

  1. Piękna rozmowa, niezwykle silna kobieta! Podziwiam ją, jej determinację. Ale doskonale ją rozumiem, że czasem chęć zajścia w ciąże jest tak duża, że nie patrzy się na nic, tylko walczy o swoje szczęście

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wpis bardzo na czasie, a wywiad przeprowadzony z wyczuciem i delikatnością. Za niektórych zdecyduje przypadek Stało się! Nie docenią należycie szczęścia bycia mamą…Tutaj mamy narodziny ,,blźniaków”! Niepowtarzalna chwila, choć okupiona stresem. Mama i dziecko dali sobie nawzajem szansę na życie…
    Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia!

    Polubione przez 1 osoba

  3. Historia w pewnym sensie podobna do mojej – bo też bezskutecznie starałam się o dziecko i miałam guzy na jajnikach, które mogły się w każdej chwili zezłośliwić (wysokie markery nowotworowe, życie w ciągłej niepewności – jak na wiecznie tykającej bombie). Przeszłam kilka operacji laparoskopowych, a potem kolejną bardziej radykalną (histerektomia). Nie jestem osobą wierzącą i w 100% wspieram osoby, które decydują się na in vitro – aczkolwiek sama wybrałam adopcję dziecka. Czułam, że właśnie tak powinna wyglądać moja droga – i nie ponyliłam się 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Piękny, wzruszający wywiad. Szkoda, że nadal panują jakieś średniowieczne przekonania o in vitro, bo widać jak ono może zmienić życie ludzi, którzy bardzo chcą mieć dziecko. Pozdrawiam mamę udzielającą wywiadu i jej dziecko, trzymajcie się ciepło i nie przejmujcie słowami rodziny nt. in vitro!

    Polubione przez 1 osoba

  5. Świetnie poprowadzona rozmowa, całkowicie oddajesz głos bohaterce, pozwalając jej opowiedzieć swoja historię tak jak sama chce…trudna rozmowa i bardzo ważna. Boli mnie to przekonanie opinii publicznej, że dziecko z probówki jest inne i dziwne, że to niby wbrew naturze i osobiście uważam, że to są osobiste decyzje i nikt nie ma prawa oceniać, ja bym próbowała do skutku, wszelkimi możliwymi sposobami, pary przystępujące do procedury in vitro czasem jak mówi bohaterka zastawiają swoje domy, dorobek życia, żeby po raz piaty, ósmy, dziesiąty…podjąć próbę. Smutne jest to, że lepiej trzymać w tajemnicy, żeby nie wystawiać się na publiczny lincz, czy nawet wśród najbliższych. Poza tym matki marzącej od lat o dziecku, która by zaprzedała dusze diabłu, żeby tylko mieć malucha przy sobie nigdy nie zrozumie kobieta, która z zajściem w ciążę nie miała problemu…Przy okazji Kasiu samych cudowności na te Święta!

    Polubione przez 1 osoba

  6. Mam nadzieję, że czasy kiedy in vitro to temat ostracyzmu społecznego jak najszybciej się skończą. Leżałam na sali z samymi mamami po in vitro, sporo moich znajomych miało ten zabieg i cieszyłam się z każdą z nich tak jakbym to ja się starała i wyczekiwała bicia serduszka. Każdy ma prawo do bycia matką!

    Polubione przez 1 osoba

  7. Temat zaprezentowany w wywiadzie potwierdził tylko moją tezę, że w Polsce wciąż jest sporo tematów Tabu. Nawet nie tyle w u nas, co na całym świecie dzieci z in-vitro są postrzegane inaczej… Niestety

    Polubione przez 1 osoba

  8. Bardzo przejmująca rozmowa. Ja nie musiałam się starać – obie ciąze pojawiły się w mgnieniu oka od ich zaplanowania. Jednak w drugiej miałam masę problemów i praktycznie całą przeleżałam w szpitalu i urodziłam w 30 tyg ciązy.

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na madkaroku Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.