O skarpetkach, niedopasowaniu i blogerskim życiu, czyli Share Week 2019

marketing-2703377_1920

Słuchajcie, opowiem wam historię…

Była sobie raz pewna dziewczynka, która bardzo bała się wyróżnić, aby broń Boże nie odstawać od innych. Chciała być taka sama jak wszyscy, niewidoczna w tłumie. Wierzyła, że to da jej poczucie bezpieczeństwa. Ochroni przed wyśmianiem i krytyką. Niestety, tak się niefortunnie złożyło, że dziewczynka od samego początku była taka jakby większa od innych i rzucająca się w oczy. Trochę kanciasta, a trochę przygruba. O zamaszystych ruchach i niewyparzonym języku. Kiedy wchodziła do pokoju, to na bank  potykała się lub coś przewracała. Kiedy mówiła, to albo za cicho, albo za głośno. I same niepotrzebne rzeczy. No, nijak nie pasowała.

Robiła zatem co mogła, by przyciąć niepotrzebne kawałki. Schudła, żeby zajmować sobą jak najmniej miejsca i nie rzucać się w oczy. Kupowała odpowiednie ubrania i nosiła rozsądne fryzury. I nie odzywała się publicznie, przenigdy i pod groźbą śmierci. Tudzież minusa w dzienniku za nieuczestniczenie w zajęciach.

Pewnego razu okazało się, że musi wystąpić na apelu przed całą szkołą. Och, jak okropnie się bała! Starała się bardzo, aby odpowiednio wypaść. Uważnie i długo oglądała się w lustrze przed wyjściem. Czy nic nie odstaje, nie powiewa, nie wygląda głupio. Potem wyszła na środek auli, powiedziała, co miała powiedzieć, i z ulgą wróciła na swoje miejsce. A potem usłyszała, że jej kolega, taki znany klasowy dowcipniś, totalnie ją wyśmiał. Razem z połową klasy.

Dlaczego? Bo miała kolorowe skarpetki. Czerwone. Okazało się, że to kompletnie passe. Takich nie powinno się nosić.

Dziewczynka była młoda i bardzo głupia, więc nie powiedziała „a ch… j z kolorem, grunt, że nie dziurawe” tylko poszła do domu, popłakała się i wyrzuciła wszystkie barwne skarpetki. Co do jednej.

Przez około 20 lat nosiłam tylko czarne. Li i jedynie.

Tak, oczywiście, tą dziewczynka, co tak strasznie bała się  zostać zauważona i wytknięta palcami, byłam ja. W sumie pewnie nadal nią jestem. Ale po wielu latach, kiedy bałam się odezwać publicznie, bo na pewno powiem coś głupiego, i kiedy za skarby świata nie opowiedziałabym dowcipu na imprezie, w obawie, że go spalę, poczułam, że jest we mnie masa niewypowiedzianych słów. Takich, co się kotłują i przelewają w środku, domagając się wypowiedzenia na głos.

Cóż mogłam zrobić? Rozwiązanie było jedno. Dołączyłam do licznego grona blogujących kobiet (i nielicznych facetów).

Pewnie to, że znienacka się odważyłam wyjść z szafy ze swoją pisaniną, było  związane z narodzinami  dzieci. Macierzyństwo to szereg drobnych upokorzeń i ośmieszania się publicznie („Córeczko, czy zjesz tą kanapeczkę, jak mamusia poudaje jeszcze kurkę? Koo, kokoko? Syneczku, dobrze, odtańczę i odśpiewam na chodniku twój ulubiony przebój, tylko błagam, nie zdejmuj już po raz kolejny czapeczki”). W pewnym momencie robi się wszystko jedno, czy ktoś się będzie śmiał. W następnej chwili człowiek dochodzi do wniosku, że większość ludzi jest tak zajęta swoimi  problemami, że ma  wywalone na to, jak ktoś inny wygląda, co robi i czy zachowuje się zabawnie czy nie. Każdy obserwuje najbardziej sam siebie. I jest dla siebie najbardziej surowym sędzią.

No, ale co do blogowania… Tu jednak wystawiamy się sami na oceny innych. Ukazujemy przed całym światem (przynajmniej tą częścią, która chce to czytać) swoją duszę, poglądy i warsztat językowy. A także swoją wiedzę z zakresu ortografii i interpunkcji. Och, boy… Ośmieszyć się można na tak wiele sposobów. I to na własne życzenie! Niewielkie pocieszenie, że dla początkujących blogerów grono odbiorców jest tak niewielkie, że trudno mówić o globalnym wygłupieniu się. Niemniej jednak nie ukrywam, że często palec drży mi nerwowo na klawiaturze, gdy mam wcisnąć czerwony przycisk „Opublikuj”. I oczywiście pojawiają się myśli: a po co? A może lepiej nie? Może nie poruszać drażliwych tematów?

Ale w takim razie, po co w ogóle pisać? Po co się odzywać, jeśli ma to być nieautentyczne, pod publiczkę, sztuczne?

Chyba już lepiej wyjść z założenia, że bloger to nie zupa pomidorowa, aby smakować każdemu. Że jednym się będzie podobał taki styl pisania i poglądy, innym nie. I trzeba się z tym pogodzić. A przede wszystkim – pisać po prostu, na luzie, dla samej przyjemności pisania.

I po tym mocno przydługim wstępie chciałabym przedstawić kilka blogów, które trafiają do mnie ze względu na swoją autentyczność i oryginalność. O akcji Share Week  usłyszałam pierwszy raz w tym roku (w sumie nic dziwnego, skoro w tym dziwnym blogerskim świecie egzystuję dopiero od 10 miesięcy). Jest ona zainicjowana przez Andrzeja Tucholskiego i polega na tym, że blogerzy polecają swoich ulubionych blogerów. Takie kółeczko wzajemnej adoracji trochę. Ale motywujące i dodające powera. Zawsze miło przeczytać, że komukolwiek to, co tworzymy, się podoba. No i można skomplementować i wyrazić swoje uwielbienie dla zaprzyjaźnionych towarzyszy pisarskich zmagań, bez obawy posądzenia o wazeliniarstwo. Niestety w ramach akcji Share Week 2019 mogę nominować tylko 3 blogi, choć darzę ciepłymi uczuciami znacznie, znacznie więcej. Po długim głowieniu się i zgrzytaniu zębami do mojej trójki wybrańców trafiły Mama pod prąd, Szczęśliwa Siódemka i Więcej serca niż rozumu.

Mama pod prąd – jak ja lubię się z nią kłócić! Bo widzicie, mamy całkiem odmienne poglądy na różne kwestie związane z wychowaniem. I bardzo dobrze. Ela nie obraża się ani nie strzela focha, gdy ktoś się z nią nie zgadza, tylko w merytoryczny, ciekawy sposób przedstawia swoje argumenty i prowadzi dyskusję na wysokim poziomie. A ja uwielbiam takie wymiany poglądów, bo tyle można się wtedy od siebie nawzajem nauczyć i spojrzeć na świat z innej perspektywy. Przedstawia zagadnienia związane m.in. z gender, ekologią oraz partnerską i bezstresową wizją macierzyństwa. Nawet jeśli nie zawsze zgadzam się z nią merytorycznie, to jestem pełna podziwu, jak ta dziewczyna potrafi pisać! Wow, czapki z głów! Jej teksty są dopracowane stylistycznie, ozdobione fajnymi gif-ami i obrazkami, interesujące od pierwszego akapitu do ostatniego.  Aż łezka się kręci w oku, podła zazdrość ściska w dołku, i jedna myśl kręci się po głowie: kiedy ta matka dwójki dzieci – dwulatka i niemowlaka – znajduje na to czas?

Szczęśliwa Siódemka – blog fajnej, mądrej babki, która szczerze i bez lukru pisze o życiu z dziećmi. Opowiada o wahaniach nastroju, o tym, że posiadanie potomstwa to nie zawsze tylko poczucie szczęścia, zdjęcia na instagrama i różowe jednorożce na zielonych łąkach. Że czasem to nieprzespane noce, złość, potworne zmęczenie i strach. Ale nie koncentruje się tylko na macierzyństwie! Porusza w subtelny, wyważony sposób różne trudne tematy. Osobiście uwielbiam jej bajkę O wróżce, która nie miała skrzydeł . Urzekła mnie ta historia. Przeczytajcie koniecznie!

Więcej serca niż rozumu – można by powiedzieć, że różnimy się diametralnie. Ja piszę o pełnym wyzwań życiu z trójką dzikich stworów (jak w dowcipie o gaździe: „Panocku, to nie dzieci, to potwory”), ona o życiu singielki w wielkim mieście.  Bardzo lubię czytać o dzisiejszych randkowych obyczajach i poszukiwaniu  drugiej połówki.  W moim świecie pełnym skarpetek nie do pary,  niedzielnych obiadków dla piątki głodomorów i  kolan rozbitych na rowerku to brzmi jak baśń o żelaznym wilku. Fascynujące i odświeżające. Jednak jeszcze ważniejsze jest to, że Kinga stawia na wzajemną tolerancję. Zabiega, aby szanować jej wybory życiowe, ale nie walczy o to poprzez deprecjonowanie innych kobiet i ich stylów życia. Nie chce być dyskryminowana jako bezdzietna singielka, ale nie twierdzi również, że bycie matką jest czymś gorszym. Nie walczy o wyrzucenie dzieci z miejsc publicznych, nie opowiada, jak to nienawidzi gówniaków, nikogo nie obraża. Wręcz przeciwnie, nawołuje do tolerancji i solidarności jajników. Peace and love!  Kinga jest mądra. Bądźmy jak Kinga! 😉

Aby udowodnić, że singielka i madka mogą się dogadać, napisałyśmy sobie razem opowiadanie. I to w dwóch częściach! Sami zobaczcie, co wynikło z naszej współpracy: Podróżując z wrogiem.

Tak naprawdę mogłabym wymieniać w nieskończoność blogi, które bardzo lubię czytać, a i tak na końcu miałabym wrażenie, że o wielu zapomniałam. Więc poza tą finałową trójkę, chciałabym chociaż wspomnieć o innych blogach, które sprawiają mi wiele radości:

Świetne blogi o życiu z dziećmi to Mama na wypasie, Monicystyka by Monika Sobieraj i Matka Żywicielka. Cała trójka pisze ciepło, życzliwie i mądrze o swoich perypetiach i przygodach związanych z macierzyństwem.

Kiedy tylko mam ochotę popaść w doła, że nie daję rady czytać tyle co kiedyś (pomijając książeczki o Puciu, Basi czy Kici Koci wraz z Nunusiem), odwiedzam Bookendorfinę. Jak ta kobieta  pisze o książkach! Jakby opisywała ukochanych przyjaciół. Każdą zrecenzowaną przez nią pozycję chciałoby się wziąć w ręce i zanurzyć się w jej świecie! A tu niektórym pozostaje tylko recenzja i dopisanie kolejnej książki do coraz dłuższej listy „Lektur, które koniecznie przeczytam, jak tylko znajdę trochę czasu. Już niedługo. Na 100%.”

Gdy z kolei mam ochotę zapoznać się ze świetnymi, przenikliwymi recenzjami filmów, których nie będę miała raczej czasu obejrzeć, zaglądam na Z dala od polityki. O książkach i serialach też coś się znajdzie. Pod warunkiem, że nie dotyczą polityki 😉

No i jest jeszcze Read up -maniaczka Netflixa i Marvela. Ostatnio darzy wielką miłością Kapitan Marvel (6 artykułów na temat jednej bohaterki? Wow). Pożarłyśmy się kiedyś w komentarzach o Kevina Spacey’ego i próbowałam strzelić focha, ale mi się nie udało. Pisze zbyt dobrze i na zbyt interesujące mnie tematy, abym umiała się odciąć od jej twórczości. No i jest dla mnie źródłem inspiracji, jakim serialem zająć sobie wieczór, zamiast zabrać się do roboty. Tak, więc, jakby ktoś miał do mnie pretensje o jakieś opóźnienia, to już wiadomo, czyja to wina…

Kolejna perełka, na którą wpadłam przypadkiem – Beata Herbata. Uwaga, lubi prowokować! Wojowniczka światła. Wciąż uczy się akceptować siebie i kochać swoją osobę. Dba o rozwój duchowy (swój i innych). Wbrew temu, co niektórzy uważają, nie jest wszechwiedzącą wiedźmą. Jest po prostu wiedźmą 😉 Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

No i Alicja na Wyspie. Zachwyca mnie od samego początku swoim sposobem pisania. Opisuje codzienność w tak baśniowy sposób, że aż widzę te sceny i obrazy przed oczami. Mądra kobita poza tym. Choć nie we wszystkich kwestiach społeczno-politycznych się zgadzamy (a Alicja pisze też i na takie tematy) to, jak wspominałam wcześniej, z mądrymi i kulturalnymi ludźmi zawsze warto dyskutować. Od niej akurat sporo można się nauczyć. Żałuję, że nie udało mi się podłapać takiej lekkości pióra i talentu do opisów. No, ale nie każdemu Bozia dała…

Kto mnie zna, ten wie, że kosmetyki i dbałość o urodę nie leżą w ścisłym centrum moich zainteresowań, oględnie mówiąc. Niemniej jednak jeśli mam ochotę poczytać wnikliwe i rzetelne opinie na temat maseczek, podkładów, tuszów do rzęs i innych produktów, które miałyby uczynić mnie piękniejszą, to wchodzę na Aleksandra NS blog lub Life by Bea. Mam do nich zaufanie, bo nie piszą o każdym testowanym produkcie w samych superlatywach, aby tylko przypodobać się firmom, z którymi współpracują. Na Life by Bea można poczytać także o książkach, filmach, dobrym jedzeniu i różnych ładnych rzeczach. Lubię jej styl pisania. No i zdjęcia na obu blogach są świetne.

Są jeszcze oczywiście blogi podróżne… I jest ich bardzo dużo, świetnych (bosz, nigdy nie skończę tego wpisu). Dobrze, wymienię tylko dwa z wielu godnych polecenia, bo i tak nie wierzę, że ktokolwiek z czytelników zabrnie tak daleko. Hamak Life i Życie i podróże. Oba blogi prowadzone są przez fantastyczne, pełne dobrej energii babki, które docierają w naprawdę ciekawe miejsca i w piękny sposób o tym opowiadają. Kobiety, które potrafią mimo różnych przeciwności losu spełniać swoje marzenia.

W naszym blogerskim świecie dość znikomo prezentuje się pierwiastek męski. Muszę przyznać, że czasem brakuje mi takiego bardziej ciętego, złośliwego poczucia humoru oraz spojrzenia na świat z męskiej perspektywy. Te moje blogowe potrzeby w pełni zaspokajają wpisy i opowiadania na blogach Ilczuk pisze, Moja Ameba, Świat Hegemona – opowieści podróżne i Kieruzela życia. Znajdziecie u nich opowieści różnej treści, felietony i przemyślenia, mniej lub bardziej poważne. Mnie się naprawdę miło czyta i jakby ktoś kiedyś miał chwilę, to warto zajrzeć.

Z całą pewnością, jak tylko opublikuję ten wpis, przypomnę sobie masę innych ulubionych blogów. Nic tylko czytać! I co się dziwić moim dzieciom, że mają do mnie pretensje o ciągłe wgapianie się w komórkę. W każdym razie, wszystkim piszącym, publikującym lub nie, tym co już wrzucają swoje myśli do tego przepastnego worka, jakim jest Internet, i tym, co jeszcze się krygują i piszą do szuflady, życzę weny oraz frajdy z procesów twórczych! No i przychylnych czytelników 🙂

23 myśli na temat “O skarpetkach, niedopasowaniu i blogerskim życiu, czyli Share Week 2019

  1. Mam łzy w oczach :* Pierwsza cześć tego tekstu to tak jakby o mnie, poza tą drobną różnicą, że ja nigdy nie byłam duża. I tą większą różnicą, że zawsze mnie jakoś pchało do wystąpień publicznych. Co nawet mnie wydaje się mało logiczne przy tak niskiej samoocenie. Ale mam w pamięci całkiem podobną historię jak z tymi skarpetkami…

    A w dalszej części tekstu faktycznie napisałaś o mnie! Czytam tę niesamowitą rekomendację i otwieram szeroko oczy ze zdumienia, ej, to naprawdę o mnie? Ja tak fajnie piszę? 😀 Uwielbiam tę akcję własnie za to, że można komuś zafundować takie miłe zaskoczenie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ee tam… Nie poddawaj się presji wielbicielek przecinków! Trza zachować własny styl! Nawet jeśli oznacza to megawkurzajacą manierę stawiania co chwila trzech kropek… 😉 (to mówię o sobie, żeby nie było, że znowu się czepiam)

      Polubienie

      1. Ojeju… To Ty też kochasz wielokropki? Jak miło! Akurat nie rzuciło mi się w oczy. ZA to jak po jakimś czasie czytam swoje teksty (choć staram się tego unikać, bo to stresujące) to mam wrażenie, że trzy kropeczki dominują mój świat. I gdzie niegdzie próbuję dodawać cztery…

        Polubienie

  2. Wspaniały uśmiech wywołałaś na mojej twarzy i sympatyczne ciepło w sercu, nawet nie tym, że wymieniłaś mnie wśród tych, do których warto zajrzeć, za co bardzo dziękuję i co szalenie cieszy, ale za to jak trafnie odczytałaś moje podejście do pasji czytania i dzielenia się wrażeniami w blogosferze. Faktycznie, zarówno na książki, jak i na ludzi patrzę z otwartym umysłem, zadając sobie trud, aby dokładnie poznać, zerknąć z kilku perspektyw, nie czepiać się złych czy mniej udanych szczegółów, choć oczywiście je dostrzegać i o nich wzmiankować, jednocześnie wiedząc, że nie ma ideałów, ani wśród ludzi, ani w czytelniczym świecie. I choć początkowo blogowanie miało być jedynie mobilizacją do systematycznego wkraczanie w świat książkowej wyobraźni, to z czasem stało się też sposobem wyrażania siebie samej, w połowie dla mnie i w połowie dla odwiedzających. Twój akapit o bookendorfinie zaraz wydrukuję i powieszę na korkowej tablicy, zerkając na zawarte w nim słowa znajdę dodatkowy impuls motywacji i spełnienia. Dziękuję! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Raz w życiu zdarzyło mi się że ktoś o mało nie zabił mojej osobowości ekspresyjności – powrót do oryginału trwał naprawdę długo ale się udało.

    PS: bardzo lubię tego typu posty ponieważ dzięki nim mogę odkryć ciekawe miejsca w sieci.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Też kiedyś byłam taką dziewczyną – i jak na ironię bardzo często typowali mnie do publicznych wystąpień, których nienawidziłam. Masz rację , że blogowanie może sporo zmienić w podejściu – i paradoksalnie choć cała rzecz odbywa się wirtualnie to można się dzięki temu otworzyć na świat i ludzi i pozbyć wielu kompleksów.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Bądź jak Kinga! Idź poznawaj świat, przekraczaj granice 🙂 Zawsze, ale to zawsze niby przypadkiem znajdź się tam gdzie dzieje się coś ciekawego 🙂
    A tak na serio. Jak byłam mała to robiłam wszystko by być zauważonym, bunt nastolatki miała podobny. Myślę, że to chyba moja osobowość, bo raczej nadal trudno zniknąć mi w tłumię.
    Niektóre strony, ktore polecasz podczytuje, inne nie. Zajrzę na męskie blogi, bo tak jak piszesz ich jest mało.. A warto czytać męskie przemyślenia, są tak inne od moich.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Ja do dzisiaj nienawidzę publicznych wystąpień, ba, chodzenia do firmowej stołówki unikam, żeby nie musieć rozmawiać z większą ilością osób niż jedna na raz.
    I do dzisiaj do końca nie wiem co mnie podkusiło (poza koleżanką), żeby startować w wyborach do szkolnego samorządu. W podstawówce. Chyba głupota lub/i masochizm?

    A polecane przez Ciebie blogi oczywiście pędzę obadać 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.