Highway to hell

 

No to jesteśmy po trzydniowej podróży przez Europę autem z trójką dzieci, i powiem Wam szczerze – nie było tak źle! Da się! Zachęcam! 😉

IMG_20180622_103332388

Dla mnie najgorsze w takim podróżowaniu to to, że muszę siedzieć z tyłu między najmłodszymi członkami rodziny. A w tym z kolei najbardziej upierdliwe jest, że znajduję się wtedy pod stałą obserwacją. Zwłaszcza to co jem. A ja mam ten problem, że uwielbiam słodycze, którą to skłonność niestety odziedziczyło po mnie moje potomstwo. Tyle że o ile ja już jestem stara i niereformowalna pod względem objadania się, o tyle swoim dzieciom staram się słodkie ograniczyć. Generalnie działa tu zasada „Rób to co mówię, a nie to co robię”.

– Mamo, a co jesz?

– Nic, nic kochanie – powiedziałam, przełykając pośpiesznie cukierka – zobacz, jaka piękna góra! A ta rzeka! Hoho!

– Mamo, ale nie jedz nam Mamby!

– Nie nie nie, skądże. Khe, khe. Udławię się przez Was.

– A czy są jeszcze mleczne bułeczki? – zainteresowała się córka z przodu

– Jasne, jasne kochanie – odparłam dziarsko, rzucając okiem na jedną smętną drożdżóweczkę w torebce.

– Ale żelki zostawiłaś nam na deser po obiedzie? – upewnił się Średni.

– Oczywiście, oczywiście. Kochanie, możemy zatrzymać się przy jakimś sklepie na najbliższej stacji?

I w ten oto sposób dotarliśmy do pierwszego przystanku na naszej trasie – miasta Mikulov w Czechach. To niewielkie, ale bardzo urokliwe miasteczko położone na zboczu wzgórza tuż przy granicy z Austrią. Nad miastem góruje ogromny pałac, osadzony w skale, który został pięknie odrestaurowany po drugiej wojnie światowej. Robi rzeczywiście wrażenie i, co dla nas najważniejsze, da się spokojnie objechać wokół niego wózkiem. Po drugiej stronie wznosi się Święty Pagórek, na którym z dala widoczne są śnieżnobiałe kaplice. Ponoć jest z niego fantastyczny widok, ale tym razem z trzech powodów nie daliśmy rady tego sprawdzić. Pojeździliśmy wózkiem po rynku i wokół zamku, przewinęliśmy Pełzaka na zamkowych murach z widokiem na winnice, uchroniliśmy Mauzoleum Dietrichsteinów przed zdemolowaniem poprzez niezabranie do niego Średniego i poczuliśmy się jak turyści pełną gębą.

IMG_20180620_160244877

Następnego dnia ruszyliśmy w miarę wcześnie. Generalnie założenie było takie, że spróbujemy jak najwięcej jechać nocami, zgodnie z radami różnych doświadczonych dzieciatych podróżników. Mieliśmy nadzieję, że w ten sposób będziemy pokonywać kilometry przy wtórze chrapania małolatów, bez przystanków na sikanie, jedzenie i zabawianie. Udało się nam osiągnąć skutek odwrotny – dzieci były tak podekscytowane, że nie dały rady w ogóle usnąć. Przesunęliśmy zatem wyruszanie w trasę na wczesne rano. Po śniadaniu i marudzeniu „dlaczego tak wcześnie nas budzicie i co to w ogóle ma być?” dziatki zapadały w błogi sen w samochodzie z poczuciem, że przechytrzyły system. Hehe.

Drugi postój wypadał nam w Bledzie na Słowenii. Ech, ten Bled to sobie wymarzyłam już dawno temu. Zobaczyłam na zdjęciach kościółek na wyspie na środku jeziora, zamek wznoszący się na skale i wyobraziłam sobie romantyczny spacer wokół. Oczywiście jak to zawsze, kiedy człowiek za bardzo się nastawi, nastąpiło lekkie rozczarowanie. Przede wszystkim spora część brzegu jeziora jest zajęta prywatnymi domostwami. A wręcz pałacykami, które zabezpieczają sobie jeszcze swoją prywatność poprzez wysokie żywopłoty lub inne krzaczki przy płocie. Chyba wychowamy małych komunistów, bo dzieciaki były bardzo złe na ograniczenie im widoczności. Kiedy staraliśmy się im wytłumaczyć, że to własność prywatna i takie święte, choć irytujące prawo właścicieli, stwierdziły zgodnie, że w takim razie trzeba zlikwidować własność. Następnie całą rodziną wkurzyliśmy się na ceny lodów przy wybrzeżu, które urągały zdrowemu rozsądkowi i wszelkiej przyzwoitości, więc tym bardziej idea „lody dla wszystkich w zależności od potrzeb, a nie zdolności płatniczych” trafiła do ich antykapitalistycznych serduszek. Ale ogólnie, jak już doczłapaliśmy do miejsca, skąd był dobry widok na jezioro, no to tak całkiem całkiem. Spodobało się wszystkim. Tak więc Bled zobaczyć pewnie warto, ale nie jest to już punkt „Must be” na naszej liście przyszłych wycieczek.

IMG_20180621_170311631_HDR

Za to na Jeziora Plitvickie wrócimy jeszcze na pewno. O Panie. Te widoki zapierają dech w piersiach. Zwłaszcza mi. Akurat podeszłam do chwiejnej, wątłej barierki z cudną panoramą na bardzo wysokie wodospady i bardzo głębokie zbiorniki wodne gdzieś daleko w dole, i zaparło mi wszystko. Przez głowę przeleciały mi wizje Średniego w podskokach pokonującego zabezpieczenia i rzucającego się z dzikim okrzykiem „Banzai” w dół, wózka z Pełzakiem wymykającego się z rąk i wpadającego do jeziora oraz Panny F. ślizgającej się na mokrym pomoście i lecącej ku ostrym kamieniom na dnie. To był naprawdę świetny moment, by przypomnieć sobie o swoim całkiem poważnym lęku wysokości. Który, odkąd mam dzieci, jakoś mi się potroił. No ale bilety już były zapłacone, rodzinie oczy się świeciły i wszyscy oprócz mnie wyrywali się do przodu, a raczej w dół, więc pozostało mi tylko chwycić mocno rączki starszych, zagrozić im domową apokalipsą w przypadku jakiejkolwiek próby wyrwania się lub odbiegnięcia, otulić czule nóżki Pełzaka kocykiem i przekazać pod opiekę ojcu, no i z lekkim obłędem w oczach ruszyć na wycieczkę swego życia.

Po dość stromym, ale całkiem do zniesienia zejściu zakręconą ścieżką trasa wiodła pomostem przez środek jeziora. Trochę się spociłam, kiedy moje ukochane skarby postanowiły kilkanaście razy zmieniać strony i biegały dookoła mnie patrząc, gdzie ładniejsze rybki, ale po kolejnych groźbach i prośbach zapanował spokój. Pełzak w wózku zachowywał swój zwykły stoicki pogląd na świat i na rybki oraz pomosty miał wywalone. Ale przed nami pojawiło się kolejne wyzwanie, a mianowicie podejście pod Wielki Wodospad nad może mniej wielkim, ale wystarczająco jak dla mnie imponującym spadkiem. Do pokonania trochę śliskich schodków i przejście wąskim pomostem tuż nad huczącą, pieniącą się, walącą z dziką siłą w dół rzeką. No, trzeba przyznać, że nawet moje odważne zwykle dziateczki jakby straciły rezon i mocniej chwyciły mnie za ręce. Spojrzałam się na małżonka, ale ten tylko stęknął, chwycił wózek z Pełzakiem, torbami, kurteczkami i całym dobytkiem na ręce i pognał do przodu. No to pognałam z dziećmi przed nim chcąc uniknąć staranowania. Huk wody był ogłuszający. Dzieci zaczęły lekko popiskiwać, ale już, już byliśmy na środku i zaczęłam odzyskiwać nadzieję, że wszyscy przeżyjemy te nasze zapędy do zwiedzania. Parłam do przodu powtarzając sobie „Nie patrz w dół, tylko nie patrz w dół…” kiedy poczułam nagle szarpnięcie za rękę. Siłą rzeczy spojrzałam w dół i duch waleczny we mnie osłabł. Obezwładniła mnie po pierwsze panorama, a po drugie widok mojego synka bez jednego bucika. Akurat, kurcze,w tym miejscu!

– Mamusiu, bucik mi się rozpiął – zawołał płaczliwie i zamarł.

Widać było, że bez sandałka końmi ani wołami się go nie ruszy. Brakujące obuwie leżało kilkanaście centymetrów dalej, tuż przy krawędzi. Aby po niego sięgnąć, musiałabym zrobić dwa kroczki w bok i pochylić się nad przepaścią. Ale drugiej ręki uczepiła mi się córka, lekko zielona na twarzy. Zapanował ogólny impas. Za nami coraz głośniej postękiwał mąż zgięty pod ciężarem wózka i zaczynali posykiwać turyści spragnieni pięknych widoków, którzy naszej grupy nijak w tym miejscu wyminąć nie mogli.

– Wszyscy zginiemy! – zawyła moja córka z właściwym dla siebie wyczuciem sytuacji.

Co dziwne, jakoś mnie to otrzeźwiło. Skoro wszyscy zginiemy, to już wszystko jedno – pomyślałam i wydarłam ręce kurczowego uścisku dziatek. Padłam na kolana, zamknęłam oczy i chwyciłam but. Trzęsącymi się rękoma założyłam go na nogę syna, odczepiłam córkę od swoich włosów, pozostawiając sporo pasm w jej zaciśniętych piąstkach, chwyciłam potomstwo za ręce i PRZESZLIŚMY!

– Nigdy więcej! – wysapałam ocierając pot z czoła po drugiej stronie – nigdy, przenigdy więcej nie wejdę na ten cholerny pomościk!

– To co, mam Ci tu kanapki dostarczać? To jedyna droga powrotna – wysapał mąż, stawiając w końcu wózek na ziemi.

Dzieci milczały. Po raz pierwszy od dawna zabrakło im chyba słów. Choć nie do końca…

– Mamusiu, bucik mi ksiwo zapięłaś – z naganą stwierdził Średni.

Pełzak przeciągnął się rozkosznie.

– Chociaż Ty moje skarby jesteś bezpieczny – rozczuliłam się poprawiając kocyk – na pewno jest dobrze przypięty? – spytałam retorycznie

– No pewnie, że jest – obruszył się mąż – no pewnie, że… o kurcze, no nie jest.

Tym razem cała rodzina pogrążyła się w zszokowanym milczeniu.

– Nie jest… przypięty?? – zaczęłam słabym głosem

– Hmm… no tak jakby…

– Znaczy się, przenosiliśmy niemowlaka… – próbowałam zrozumieć

– Tak, tak… – Mąż i ojciec najwyraźniej chciał uciąć temat

– Nad wodospadem… tym cholernie wielkim, głębokim, wysokim wodospadem…

– No tak, tak… kochanie, zobacz, jakie ładne widoki!

– Tym strasznie huczącym, niebezpiecznym… – jakoś czułam, ze temat nie został do końca wyczerpany.

– Nic się nie stało, ok? Już przypięliśmy.

Usiadłam na ziemi. A potem co miałam robić? Wstałam i wróciliśmy. Żaden bucik więcej nie spadł, Pełzak grzecznie jak zwykle siedział w wózku, dzieci nie dostały traumy. Widoki dalej były rzeczywiście cudowne. Tak więc na pewno tam wrócimy. Za jakieś 18 lat. I bez dzieci.

Choć dzieciatych na trasie było ogólnie sporo, i to niektórzy rodzice podchodzili bardzo na luzie do kwestii bezpieczeństwa. Na widok jakiegoś nastolatka stającego na barierce i wychylającego się mocno w stronę przepaści lekko mnie zemdliło ze strachu, a widok kilkulatków ścigających się na wąskich przejściach nad stawami głębokimi nawet na 50 m. też budził we mnie wielorakie uczucia. No ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem… Ja po naszych przygodach raczej się nie wychylam do krytykowania.

Co ciekawe, do parku można też wprowadzać psy na smyczy. Najlepiej jednak wybrać się tam rano na samo otwarcie, czyli koło godziny 7. My zaczęliśmy z lekkim opóźnieniem, o 8, i o ile w tamtą stronę nie było tłumów, o tyle podczas drogi powrotnej o 10 mijaliśmy kolejki na pomostach takie, że te wszystkie z PRLu po papier toaletowy mogłyby się przy nich schować. A naprawdę na tych pomostach nie jest tak łatwo się wymijać.

IMG_20180623_102406030

IMG_20180623_091444512_HDR

IMG_20180623_092135608

W każdym razie było super, świetnie, ekstra, a najlepsze, że już za nami. Przed nami teraz tydzień urlopu na prześlicznej wysepce. Tu chyba nic złego nie może się wydarzyć…?

32 myśli na temat “Highway to hell

  1. Ja tez lubię słodycze, ale od nich tyję 😦 Fajna przygoda, może lekko z dreszczykiem ale super. Dobrze Cię rozumiem, ja spacerując po górach kurczowo trzymam dzieci i mama zawsze jakieś ale i drżenie w klatce piersiowej. Miłego wypoczynku.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wspaniała wyprawa! Jednak obawiam się, że nie zadziała na dłuższą metę rób to co mówię, a nie to co robię i dzieci przejmują bezwzględnie wszystkie nasze wzorce zachowań. Tylko przykład kodują i to co robią rodzice będą robić i one. Więc w moim przekonaniu może trzeba lepiej się kryć jeżeli czegoś im się nie chce zaszczepić. Z drugiej strony zawsze wyczują nieszczerość bo podgladają nas nawet jak o tym kompletnie nie wiemy 😀 Pozdrawiam serdecznie!

    Polubione przez 1 osoba

  3. My rok temu byliśmy na Wodospadach Krka – a w tym roku Jeziora Plitwickie sobie odpuściliśmy. Z Makarskiej mieliśmy tam spory kawał – a byliśmy już zbyt zmęczeni, żeby robić je w drodze powrotnej do Polski.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s