Wizyta(cja)

Jak ja lubię, kiedy odwiedzają nas moje koleżanki – mamuśki. Człowiek może sobie ponarzekać na męża i dzieci, opowiedzieć z detalami, jakiego koloru była ostatnia kupka dziecięcia i co na to powiedział lekarz, wymienić się sekretami jak w 5 minut przeczytać bajkę na 20 stron i ile może wytrzymać niezmieniony pampers. Jednym słowem, poczuć się lepszą matką, żoną i człowiekiem.

tea-party-1001653_1920(1)

Ostatnio nadarzyła się okazja spotkać się z dawno niewidzianą kumpelą ze szkoły podstawowej. Okazało się, że też wyhodowała sobie potomstwo, więc byłam spokojna, że będzie cała masa tematów do poruszenia i nie trzeba będzie prowadzić uprzejmej konwersacji na temat tego, na czym ostatnio byłam w kinie (na Barbie i delfinach), co przeczytałam (Barbie w krainie syren) i co tam, pani droga, w polityce słychać (co w naszych polskich realiach może skończyć się darciem kudłów i radykalnym zerwaniem wszelkich relacji)

Ze spokojem i radością zaprosiłam zatem koleżankę w domowe pielesze, dochodząc do wniosku, że lepiej jednak takie spotkania po latach realizować na gruncie bezpiecznym, gdzie w razie czego najłatwiej spacyfikować rozszalałą dziatwę.

Generalnie wydawało się to świetnym pomysłem, i naprawdę się starałam. Dzieci umyłam, przebrałam, nawet z odkurzaczem się przeleciałam między stosami zabawek. W dodatku jakoś te stosy uładziłam i powpychałam do szuflad. Ale kiedy  na 5 minut przed umówionym terminem wizyty układałam na talerzu delicje i wafelki, moje najdroższe skarby wyciągnęły wszelkie zabawki na środek pokoju, ustawiły piramidy z książeczek, aby zrobić tor wyścigowy dla Pełzaka, i w ramach pomocy mamusi ściągnęły i porozrzucały po całym domu pranie z suszarki. W momencie, w którym moja dawno niewidziana koleżanka przekraczała progi naszego domu, wnętrze wyglądało tak, jakby przed chwilą wybuchła w nim średniej wielkości bomba atomowa

Moja kumpela przyprowadziła ze sobą swoje potomstwo sztuk 1, dziewczynkę w śnieżnobiałej sukience i z włosami kunsztownie splecionymi we francuski warkocz. Popatrzyłam na nią z dziką zazdrością, jako że sztuki robienia pięknych warkoczy nie udało mi się nigdy opanować, a śnieżna biel z ubranek moich milusińskich znika tak mniej więcej po 2 sekundach od założenia. Koleżanka spojrzała z kolei z lekkim zaskoczeniem na burdel w przedpokoju, pokoju i kuchni.

– Jaka… ee… ciekawa aranżacja wnętrz – powiedziała słabym głosem i potknęła się o małą żółtą ciężarówkę – widać, że twoim dzieciom nie brakuje zabawek

– A dziękuję, dziękuję – odparłam rześko, usiłując równocześnie wkopać pod kanapę rozsypane klocki i pozbierać skarpety z dywanu – staramy się zachować pewien… ee… minimalny styl, a zarazem luz… Dzieci, sprzątnijcie tu trochę – syknęłam groźnie

Dzieci niemrawo zaczęły przerzucać sterty zabawek.

– O, ciukierek – powiedział z zachwytem Średni i z entuzjazmem wsadził sobie do buzi rozpaćkaną krówkę zdrapana z koła wózeczka dla lalek

Przełknęłam ślinę.

– To może my sobie pójdziemy do kuchni, zrobię jakiejś kawki, herbatki, a dzieci się zapoznają ze sobą?  – zaproponowałam

– A chętnie, chętnie, kawki z  przyjemnością się napiję – odparła moja koleżanka, oglądając z pewną podejrzliwością siedzisko krzesła i usiłując dyskretnie zdrapać zaschniętą plamę z zupki Pełzaka z oparcia – ale masz, mam nadzieję, mleko bez laktozy?

– Eee… poczekaj, niech sprawdzę – chciałam zrobić wrażenie osoby, która zakupy spożywcze robi wczytując się dokładnie w etykiety, a nie wrzucając do koszyka wszystko, co pod rękę wpadnie, bujając drugą wściekłego Pełzaka – oj, chyba akurat mi się skończyło. A śmietanka może być?

– A to ja podziękuję – koleżanka poddała się z dyskretnym czyszczeniem plam z krzesła i zasiadła jednym półdupkiem przy stole – bo ja teraz bardzo dbam o to, co jem. Nie wyobrażasz sobie pewnie, jakie świństwa ludzie w ogóle biorą do ust!

– No nie wyobrażam sobie – zgodziłam się potulnie, próbując nie przypominać sobie, co ostatnio znalazł Pełzak pod stołem w kuchni i na podłodze w przedpokoju – nawet nie chcę sobie wyobrażać – dodałam, otrząsając się lekko.

– A to przecież trzeba dbać o kondycję! I o dzieci. No na przykład białe pieczywo. Przecież to same kalorie i gluten. Nie do uwierzenia, że ludzie w ogóle jeszcze to kupują.

W panice zerknęłam na pojemnik na pieczywo. Uff… niedziela niehandlowa. Co u nas zazwyczaj oznacza wafle ryżowe na śniadanie.

– Dokładnie, dokładnie. Zero dbałości o zdrowie – przytaknęłam z czystym sumieniem – ciasteczka może do kawki?

– Nie, dziękuję. My to się staramy w  domu żadnych słodyczy nie jeść. No a już zwłaszcza córce nie daję. Trzeba dbać o linię. I ona już sama to rozumie i nie prosi. Nawet, bym rzekła, że jakimiś tam żelkami czy czekoladą gardzi.

– Uhm…

– No i te słoiki! Że też niektórym matkom nawet nie chce się zupy dziecku ugotować, tylko dają jakieś gerbery czy hippy! Przecież to sama chemia!

– Sama, sama – nad głową mojej koleżanki stały w równym rządku umyte słoiczki po obiadkach. Na moje wysiłki kulinarne Pełzak miał wywalone. A raczej wyplute. Chemia smakowała mu o wiele bardziej – to może jednak chodźmy do pokoju, co? Popatrzymy jak się dzieci bawią. Idź przodem, wezmę filiżanki.

Właśnie zgarniałam kontrowersyjną wystawkę szkła do kosza, kiedy z salonu dobiegł mnie dziki okrzyk kumpeli:

– Dziecko jedyne!! A kto Ci dał czekoladę??

– Sama wzięła – z wyraźnym fochem powiedziała moja córka

– I nić nam nie ziostawiła – z głębokim żalem dopowiedział syn.

Pognałam z filiżankami i duszą na ramieniu do pokoju. Córka koleżanki czekoladę miała nawet w warkoczu, a na buzi wyraz absolutnej błogości. Na talerzach z delicjami i wafelkami zostały same okruchy.

I taki był właściwie koniec mojego socjalizowania się. Następnym razem prędzej przeczytam Co jest grane, obejrzę Wiadomości i pójdę na sojową kawę do Starbucksa. A co!

 

13 myśli na temat “Wizyta(cja)

  1. Nie wiem czemu, ale wciąż zaskakuje mnie to, ze wiele matek przed innymi gra perfekcyjne paniosie, co to dziecku słodyczy nie dają, a w domu hulaj dusza… cóż trzeba się pokazać, jacy my jesteśmy światowi 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Odkąd mam dzieci, żadnych gości nie zapraszam chyba że przymusowych (czyt. sprawdzanie liczników itd), moje dzieci pomagają mi w obowiązkach domowych baardzo, hmmm jakby to ująć… wkładają w to całe serce, ale niestety goście tego nie zrozumieją 🙂 A wizyty perfekcyjnych pań domu i matek to jednak nie na moje skołatane nerwy, to ja już lepiej pohaftuje sobie dla relaksu 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s