Nie ma, nie ma wody na pustyni…

Wiecie, co mnie najbardziej wkurza na placykach zabaw? Matki, które obserwują inne matki. A potem krytykują. Albo jeszcze gorzej, opisują w Internecie 😉

Bo zazwyczaj to ja jestem tą najmniej zorganizowaną, co to nie wzięła dla potomstwa zestawu gruszeczek, jabłuszek i śliweczek, która ciągle rozpaczliwie szuka przynajmniej jednego dziecka lub która (o zgrozo i wieczny wstydzie) zapomniała wziąć mokrych chusteczek .

Ale tym razem byłyśmy tylko my dwie. Ja z moją hordą i ona. Piękna, w powłóczystej sukni i z telefonem w ręku. Z kompletnym luzem psychicznym. A także dwójką dzieci, które pałętały się w tle.

sand-pit-1345726_1920

To młodsze takie w wielu mojego Pełzaka, ale o dziwo dużo bardziej ruchliwe. Przydreptało i spragnionym wzrokiem wpatrywało się w moją butelkę wody. Poczułam się lekko dziwnie. Żar z nieba jak cholera, pić mi się chciało dziko, ale jak tu pić na oczach dzieciaka, co ślinę przełykał, jak się na wodę patrzył. A raczej przełykałby, gdyby nie miał potwornie wyschniętych ust.

– Piciu ci się chce, co? Może mamie powiedz – zasugerowałam delikatnie, chowając wstydliwie przedmiot pożądania małego do torebki.

– A nie, nie – odpowiedziała beztrosko mamusia  z ławki nieopodal, nie odrywając oczu od smartfona – nie mamy nic do picia.

Noż kurcze pieczone przy tej temperaturze. To przecież  się ugotować można. Przeszukałam torebkę. Niestety żaden dodatkowy, zamknięty napój w niej nie objawił. Tylko moja woda i druga dla dzieci. No i teraz dylemat, częstować? Ogólnie jestem przeciwna siorpania z nieznajomymi z jednej butelki. Zerknęłam podejrzliwie na małego, poza odwodnieniem nie wykazywał objawów żadnej zakaźnej choroby, nie to żebym się znała. Z lekkim ociąganiem zawołałam w stronę ławki i smartfona:

– To co, ma się napić naszej? Bo chyba spragniony troszkę…

– A dobrze, dobrze – padła radosna i lekko roztargniona odpowiedź.

– Chorzy nie jesteśmy… bardzo – dodałam w nadziei, że jednak ławeczkowa mama na sygnał zagrożenia ruszy cztery litery i uda się do pobliskiego sklepiku po nieskażone napoje. Nadzieja okazała się płonna, otrzymałam jedynie lekko zamyślony uśmiech Mony Lizy.

Napoiłam starannie swoje i nieswoje dzieci. Odczułam ulgę, że żadne przynajmniej nie padnie przede mną w żwir z pianą na wyschniętych usteczkach. Dziatki tymczasem się zakumplowały i zaczęły w piasku rozrabiać. Najmłodsze nie moje po zwilżeniu ust odzyskało siły i radosnym, choć chwiejnym kurcgalopkiem udało się w kierunku wyjścia z placyku.   – Mamusiu, a czemu zakonnice nie mogą mieć męża? – zainteresowała się nagle moja córka.

– Czemu? Eee… – próbowałam wymyślić odpowiedź, obserwując równocześnie szarpaninę małolata z furtką prowadzącą na osiedlową uliczkę. Szło mu całkiem nieźle. Jego mama nadal nie odrywała oczu od telefonu – wiesz kochanie, bo Bóg ma być dla nich najważniejszy.

– Najważniejszy?! – zdziwiła się panna F. – ważniejszy nawet od rodziny? I dzieci?

– Zakonnice nie mogą mieć dzieci.

– Nie mogą? A dlaczego?

– Bo dzieci rozpraszają. Bardzo. – Maluch poradził już sobie z furtką, opadł na kolana i raczkując z prędkością nadciągającego tajfunu wyrwał się na wolność – Wiesz co? Chyba braciszek Ci ucieka – zwróciłam się specjalnie głośno do bardzo grzecznej dziewczynki, stawiającej babki do spółki z moim synem. Dziewczynka nie uniosła głowy. Jej mama twardo również.

– Bo dla mnie to Ty jesteś najważniejsza – rozczuliła się nagle moja córa.

– Naprawdę? Bardzo mi miło. Oj, ucieka, daleko. Hen, hen! – darłam się jak głupia, próbując delikatnie napomknąć wyluzowanej mamuśce, że jej 500+ zaraz przepadnie w krzakach.

– I jak umrzesz, to codziennie będę przychodziła na twój grób – ciągnęła dalej niezrażona panna F., poklepując z miłością bardzo brudną łapką moją nową spódnicę.

– O, to bardzo miło… że co? Eee… no wiesz… codziennie to nie musisz – poczułam się lekko rozproszona wizją mojego zejścia z tego świata.

– Dlaczego? Pochowamy Cię w ogródku, to będzie blisko – dodał z nonszalancją mój synek.

Zapadła chwila milczenia. Dzieci wpatrywały się we mnie, oczekując chyba wyrazów wdzięczności z mojej strony za tak hojną propozycję. Kątem oka widziałam wypięty tyłeczek raczkującego malucha znikający za zakrętem alejki. Już miałam oderwać Pełzaka od fascynującego zajęcia, jakim było poklepywanie łopatką starszego brata, i z nim na rękach rzucić się w pogoń, kiedy mama uciekiniera oderwała wzrok od telefonu, z wolna rozejrzała się wokół i leniwym krokiem wyruszyła za małym. Odetchnęłam z ulgą.

– Nie można chować ludzi w ogródku – powiedziałam stanowczo.

– Dlaczego? Kwiatki bym Ci posadziła, takie ładne – kusiła córka.

– Widzę, że Ty sobie to dokładnie zaplanowałaś. Ale jeszcze trochę, kochanie, dobrze?

Mama z wyrywającym się stworkiem pod pachą znów weszła na plac zabaw. Postawiła dziecko na ziemi obok wózka Pełzaka i powróciła do swojej ławeczki oraz telefonu. Mały zamiauczał w proteście, pokiwał się przez chwilę, analizując swoje opcje, i zainteresował żwirkiem u swoich stóp.

– Mamo, a ile lat będę mieć, jak Pełzak będzie miał nieskończoność? – przeszła swobodnie na nowy temat panna F.

– Ludzie nie żyją nieskończoną ilość lat – naprawdę, dlaczego zawsze na mnie pada, kiedy zbiera im się na poruszanie tego tematu? Nie mogliby pomęczyć tatusia czy panią w przedszkolu?

Zapadła cisza. Dzieci przyswajały informacje. Pełzak przestał poklepywać łopatką Średniego i zajął się rozwalaniem babek miłej dziewczynce obok. Ta w odwecie kopnęła go w piszczel. Zainterweniowałam, przestawiając Pełzaka dalej. Mama na ławce nadal działała jak natchniona, klikając coś metodycznie w telefonie z uśmiechem na ustach. Nie mnie oceniać, może nową Odyseję pisała, lub książkę na temat „Jak najmniej stresowo dla siebie wychować dzieci”? Młodsze z jej potomków równie systematycznie sypało żwirek do wózka Pełzaka, nabierając pełnymi garstkami, wkładając do buzi i plując na siedzisko.

To była ta kropelka, która skłoniła mnie do zaprzestania integracji na placykach zabaw na tamtejszy dzień. Zwłaszcza że uniknęłam w ten sposób odpowiedzi na pytania, a ile to dokładnie żyją ludzie. Zresztą Średni stanął jak lew w obronie młodszego brata i właśnie próbował oderwać dziewczynce warkoczyki. Przynajmniej obyło się ten raz bez tłumaczenia się przed rozgniewaną rodzicielką pokrzywdzonej, bo krzyki córki również umknęły jej uwagi. Tak samo jak złość synka, kiedy popsułam mu zabawę usuwając żwir i piasek ze spacerówki. Pozostawiłam ich na placyku zabaw, rozpłakane dzieci i ich mamę wpatrzoną w telefon z tym samym uroczym, tajemniczym uśmiechem na ustach…

Muszę przyznać, że zazdroszczę luzu. Trochę takiego wewnętrznego spokoju chyba by mi się przydało. No a trochę, trzeba przyznać, było to irytujące. A Was jakie typy matek najbardziej wpieniają? Mające wszystko gdzieś czy nadmiernie troskliwe? Zapatrzone w telefony czy integrujące się za wszelką cenę?

46 myśli na temat “Nie ma, nie ma wody na pustyni…

  1. Uśmiałam się, choć domyślam się, że nie było Ci wówczas do śmiechu 😉 Ja również niedawno relacjonowałam na blogu nasze przygody na placu zabaw, to miejsce to niewyczerpane źródło inspiracji!
    Jakie matki mnie wkurzają? Staram się nie oceniać żadnej, bo tłumaczę sobie, że nie znam pełnego obrazu sytuacji – choć opisana przez Ciebie Mona Liza pewnie wkurzyłaby i mnie. Denerwuje mnie natomiast, że większość spotykanych przeze mnie matek pokrzykuje i denerwuje się na swoje dzieci. Bo się pobrudzą, bo za szybko biegają, bo powinny uważać… No kurczę, a po co się idzie na plac zabaw, żeby grzecznie na ławeczce siedzieć? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. O muszę poszukać, co to się u Ciebie zadziało 🙂 no ja też podchodzę z przymrużeniem oka, Mona Liza mogła mieć jakiś dzień kompletnego odcięcia po miesiącach bycia megatroskliwą matką, ale było to ogólnie tak zabawne, że nie mogłam się powstrzymać od opisania 😉

      Polubienie

    2. Tych co pod plaszczykiem dobrych intencji… Ja jestem z tych irytujacych matek, ktore maja to samo motto zyciowe, co jedna firma produkujaca sprzet AGD: „Myslisz o wszystkim”. Mam i ta wode, i owoce i kanapki i zapasowe gatki, w razie gdyby. Teraz juz nie, ale kiedys mialam zawsze pieluche na wszelki sluczaj, a jesli potrzebujesz mokrych chusteczek zapytaj. Niejeden chlopczyk w moich rozowych rajstopkach do domu wracal. Ale poza tym mam chyba aparycje hm, zachecajaca ludzi do udzielania mi dobrych rad. Jestem tez lekko chaotyczna, wiec kiedy szukam tych kanapek wyjmujac z torby wszystko, lacznie z ksiazka, trzema listami, ktore mialam wpiac do segregatora, wiaderkiem i lekko wilgotnymi skarpetkami synka, taka anakonda sie zaczaja i uderza np. „Jeny, jaka ona jest chuda.” (To o moim dziecku). Ja na to „Taka jej natura, tez taka bylam, choc teraz w ogole nie widac”. Ona „No nie wiem, a jestes pewna, ze… A sprawdzalas czy…” Albo, kiedy moj synek nie mowil w przedszkolu (jest trojjezyczny), a teraz jest tak elokwentny, ze wychowawcy cytuja jego zdania jako bon moty. I mam wrazenie, ze wiele osob drazni, ze jestem zwolennikiem obserwacji przed interwencja. Owszem zapytam lekarza, ale jesli ten nakaze odczekac to rzeczywiscie ufam i czekam (mysle, ze mam jednak czuja, kiedy sprawa jest powazna, sama sobie zdiagnozowalam komplikacje po cesarce i ciaze pozamaciczna, w obu przypadkach przed lekarzami, ktorzy na poczatku niczego niepokojacego nie widzieli i dzieki temu jeszcze zyje, wiec mam nadzieje, ze intuicja mnie nie zawiedzie). Ale dla wielu jest to nie do przyjecia – dzieciaki sa wozone od jednego specjalisty do drugiego, nakluwane, badane, czesto bez wienczacej diagnozy, bo po prostu nie ma zadnego innego podloza niz wiek i indywidualny rozwoj. Dlatego ja, wolaca spedzac czas gdzie indziej niz w gabinecie lekarskim budze agresje matek superviserow.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Ja już nauczyłam się na pewne rzeczy nie zwracać uwagi. Choć nie powiem, że umiem być obojętna. Choćby wobec „przymusowego” dziekenia się zabawki czy nie zwracaniu kompletnie uwagi na to co robi dziecko.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Mnie najbardziej irytują te chodzące za dzieckiem krok w krok, najlepiej jeszcze z pudełeczkiem pokrojonych owocków właśnie (bo przecież dziecko z głodu umrze i braku witamin przez tę godzinę na placu zabaw…. No i nie przeżyje upadku… W sumie cieszę się, że moje dzieciaki już powoli wyrastają z tych klimatów…

    Polubione przez 1 osoba

    1. A gdzie chodzą dzieci, co powoli wyrastają z tych klimatów? u nas co prawda jeszcze kilka lat, ale mam wrażenie, że to problem bywa – jak zorganizować czas nastolatkowi? Tu na osiedlu to często widzę tłumy takich w wieku 10-15 lat, co to na huśtawkę i karuzelę już za duże, i które wyglądają na okropnie znudzonych, jak się włóczą dookoła.

      Polubienie

    1. Nic straconego. Komórka w reke, w drugą kawusia i możesz zasiadac na laweczce. Jak co jakiś czas krzykniesz w stronę dzieci coś w stylu: „Julcia, nie bij chłopca, bo się spocisz!” lub „Brajanku, nie jedz piasku”, to możesz siedzieć cały dzień 😉

      Polubienie

  4. oooo tak bardzo w punkt. Tez kiedys pisalam o takiej diwie. Rowniez staram sie nikogo nieoceniac, ale czasem ludzie po prostu rozwalaja system. Osobiscie nienawidze placow zabaw, a wlasciwie to najbardziej obecnych tam matek.

    Polubienie

  5. Usmarkałam się ze śmiechu po pachy. Jam niematka – i matek krytykować nie zameirzam – ale powiem ci jedno: takich partnerów do dyskusji filozoficznych aż ci pozazdrościłam:) Na brak natchnienia nie powinnaś narzekać:)

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki wielkie 🙂 na brak natchnienia może i nie narzekam, ale powiem Ci jedno – jeszcze mi się nie udało z moją trójką w dyskusji wygrać. Jak już, już dobrze mi idzie i mam sensowne argumenty, to Pełzak robi agugugughhh! i pozamiatane.

      Polubienie

  6. Mnie najbardziej wkurzsja te najmadrzejsze na swiecie. Gowno widza. Gowno wiedza ale Tobie wypomna wszystko co zle robisz. Ja sie zawsze pytam czemu? Probuje zrozumiec..Ale nie krytykuje. No chyba ze w myslach sobie pogadam sama ze soba. Ale ja nikomu dobrych rad nie daje. Kazdy ma swoj rozum. A jak nie ma to odwracam sie i ide w druga strone by nerwy swoje ocalic.

    Polubienie

  7. Dzisiejsza rzeczywistość daje do myślenia.. A sytuacje są mi znane, oj chyba nawet i za dobrze ;D Niemal codziennie coś się przytrafia, a przez to tylko można się tylko podbudować!

    Polubione przez 1 osoba

  8. Lubię obserwować, jeśli mam okoliczności. Ostatnio nad jeziorem trochę się napatrzyłam. Na szczęście na dużo zabawnych sytuacji. Natomiast zawsze szokują mnie matki agresywne.
    Jak zwykle świetna opowieść!

    Polubione przez 1 osoba

  9. Co jakiś czas opiekuję się dziećmi mojego kuzyna. Młodszy chodził rok temu jeszcze w spacerówce. Raz wybrałam się z nimi na spacer, jeden w wózku, drugi obok nas. Z naprzeciwka podeszła do nas pani, koło 40. Zmierzyła nas wzdłuż i wszerz i powiedziała: no, dzieci to teraz już dzieci mają. Na nic były moje wytłumaczenia, że to rodzina, ja się tylko nimi opiekuje i wołania starszego: ciociu! Westchnęła ciężko, zmierzyła raz jeszcze i odeszła. Są matki i matki… A Twój dialog z Twoimi dziećmi bardzo mnie rozczulił i spowodował ogromny uśmiech na mojej twarzy! : )

    Polubione przez 1 osoba

  10. Bardzo źle wspominam okres placu zabaw. Nie bardzo miałam z kim pogadać, bo narzekanie na teściową i wszystko wokół mi nie pasowało. Nadopiekuńczość również. Szukałam kogoś wyluzowanego, dla kogo dzieci są szczęściem, ale nie całym światem i nie znalazłam na podwórku. Pozostały książki, choć nie byłam tak zaczytana, jak opisywana przeZ Ciebie mamuśka.

    Polubione przez 1 osoba

  11. Dobre 🙂 Znam te sytuacje – a to matki niereagujące na to, jak ich pociechy niszczą konstrukcje mojego malucha w piaskownicy, a to zapatrzone w telefony, a to nadmiernie przezorne, olewające itp. Staram się nie oceniać – dopóki ich dzieci nie wchodzą w drogę moim, zachowuję spokój i uśmiech Mony Lisy 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  12. Podejrzewam, że gdyby któremuś z tamtych dzieci coś się stało, to wyluzowana mamuśka zrobiłaby Ci awanturę, że nie pilnowałaś… jej dziecka.
    Trochę mi się przypomina post pewnej ratowniczki o rodzicach, którzy puszczają samopas dzieciaki w morzu i są zdziwieni, gdy ratownik im zwraca uwagę: to państwo przede wszystkim mają pilnować, a nie gapić się w telefon, iść na lody czy ogólnie mieć w nosie.
    Natomiast doceń swoje dzieci: co za wyrafinowane połączenie logistyki, ekonomii i ekologii plus psychologii! Mamuśka zakopana w ogródku. Zero kosztów finansowych i czasowych dojazdu, stały kontakt, użyźniasz ogród. Powinnaś to poważnie przemyśleć 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. No dobrze, przekonałaś mnie tym użyźnianiem. Ale sądzę, że moje dzieci stać na więcej, jeśli chodzi o ekonomię. Mogłyby zrobić z mamusi mumię i pokazywać w ogródku za 10 zł od zerknięcia. To byłby interes życia, takie zakopywanie to prostu marnotrawstwo potencjału…

      Polubienie

  13. Dla mnie jesteś mistrzynią pisania tekstów. Troszeczkę się uśmiałam. A luz masz w pisaniu. Jeden fragment mnie nieco zaskoczył? 🙂 „darłam się jak głupia, próbując delikatnie napomknąć wyluzowanej mamuśce, że jej 500+ zaraz przepadnie w krzakach.”
    I te pięćset plusy… 🙂

    Ale z pewnością do śmiechu nie było. Poza tym – tamta matka jakby nieodpowiedzialna. Aż mnie tacy ludzie przerażają…

    Polubienie

  14. Z tym pochówkiem w ogródku to było niezłe 😉 Ja nie jestem idealną super mamą, chyba jak każda popełniam jakieś błędy. Ale jeśli miałabym określić, które mnie najbardziej „wpieniają”, to chyba te przewrażliwione Dziś np. były dni adaptacyjne w przedszkolu i niektóre mamusie chodziły za swoimi pociechami krok w krok, robiły za nie prace plastyczne, plątały się innym pod nogami bo musiały złapać dobre ujęcie swojej pociechy w tym jakże szczególnym dniu…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oj, fakt. U nas to najgorzej podczas apeli. Nie da się popatrzeć na dzieci, bo wszyscy stoją i filmują. Rozumiem trochę nagrać, czy kilka zdjęć zrobić, ale przez całą godzinę? gdzie oni to potem będą puszczać, w Guantanamo?

      Polubienie

  15. mnie najbardziej na placu zabaw wkurzają rodzice kopcący papierochy na ławeczkach. Zawsze walczę z takimi delikwentami, pomijając takie patologiczne zachowania na placach zabaw jak właśnie palenie czy rzucanie mięsem, które równie często się zdarza, to oczekiwania rodziców, że czyjeś dziecko odda swoją zabawkę, bo ta akurat bardzo przypadła do gustu drugiemu dziecku…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s