Nie rozumiem swoich dzieci!

Nie rozumiem moich dzieci. I to nawet nie to, że nie potrafię się wczuć w ich spojrzenie na świat, rodzinę i swoją w niej rolę („wszystko chcę, daj daj daj” – jak takie trzy rozdarte mewy z „Gdzie jest Nemo”). Ja po prostu nie łapię, co te stworki do mnie mówią. Niby tyle czasu spędziły w moim brzuchu, że powinniśmy być połączeni jakąś nadprzyrodzoną świętą więzią i nadawać  bez słów na tych samych falach. Przynajmniej według większości poradników dla rodziców. A tu zonk. Bo dziecko się czegoś domaga, chce o czymś ważnym dla siebie opowiedzieć, a mamusia zielonego pojęcia nie ma, o co chodzi.

man-2814937_1920

No, z Tuptusiem to jeszcze najłatwiej. On ma jedno słowo na wszystko: mamaa! Ach, pamiętam, jak mnie to na początku wzruszało, że mnie tak woła i pragnie. Ale ten mały drań wcale tego słówka nie identyfikuje że mną! W zależności od sytuacji i intonacji „mama” w jego słodkich usteczkach oznacza:

– ze złością: zimno mi, gorąco mi, daj pić, zgubiłem kapcia, portfel nie chce się otworzyć, chcę spać, jeść!!

– z radością: dobra zupka, portfel dał się otworzyć i wypadło z niego tyle fajnych okrągłych przedmiotów, ładne listki, ładne kasztanki, o jaka ładna kupka do wdepnięcia!

– ze strachem: zabrałem bratu samochodzik i teraz biegnie w moją stronę, ratuj!!

– z wyrzutem: no i nie zdążyłaś, odebrał mi samochodzik…

– czule i z miłością: babcia przyszła…

Tak więc z najmłodszym synem się jeszcze jako tako dogadujemy.

Gorzej z tymi starszymi. Jak zaczynają nawijać, to mózg mi się przewraca na drugą stronę, a szare komórki rozbiegają się w popłochu. Mają jakieś swoje powiedzenia, których do tej pory nie rozkminiłam. Może Wy wpadniecie na trop, co właściwie moje dzieci mają na myśli??

– O matku dziejno, to jedzenie wchodzi mi w twarz – stwierdził przy kolacji Średni, patrząc z obrzydzeniem w talerz. Powstrzymałam się ostatkiem sił od zapytania, a gdzie niby indziej miałoby mu wchodzić.

– Kochanie, jemy ustami, usta są na twarzy, więc wszystko się zgadza. No jedz kanapeczkę, proszę – jęknęłam, próbując uniknąć wymazania od stóp do głów kaszką mleczną, którą właśnie pluł na odległość Dreptak.

-Nie rozumiesz – zdenerwował się starszy syn – ono mi wchodzi!!!

No nie rozumiałam. Spojrzałam na córkę z nadzieją i niemą prośbą o przetłumaczenie, ale ona akurat czytała komiks i była pogrążona w swoim świecie.

– Mamo, a wiesz – ożywiła się nagle – amatorka do nas do szkoły dziś przyszła!

Poczułam się jak wywołana do tablicy, widząc wlepione we mnie z nadzieją dwie pary oczu. Dzieci wyraźnie czekały na moją zdecydowaną reakcję. Spróbowałam z zachwytem.

– O, super! Świetnie! Dobra wiadomość! A amatorka czego właściwie?

– No jak to czego? – zdziwiła się córka – amatorka przecież, mówię Ci. Fajna taka. Zabawy prowadziła – dodała litościwie, widząc widocznie moje spanikowane spojrzenie.

– Aa! Animatorka, znaczy się.

– No mówię przecież! – obraziła się Panna F.

– Aha… a jakie  zabawy prowadziła?

-Fajne – odparła rzeczowo córka i z powrotem wbiła wzrok w komiks.

Kilka następnych chwil upłynęło w milczeniu, przerywanym mlaskaniem Pełzaka. Średni kombinował, jak najbardziej zmiętolić kanapeczkę, aby nie musieć jej jeść, córka nadal udawała, że czyta. A może i czytała naprawdę, kto ją tam wie, na ulicy ostatnio literowała coraz szybciej napisy i domagała się wyjaśniania słówek takich jak „notariusz” „zakład pogrzebowy” i „seks shop”.

– A jak kochanie u Ciebie w przedszkolu było? – spróbowałam nawiązać kontakt ze środkowym potomkiem.

– A dobrze… – odparło dziecko, smarując masłem z kanapki talerz i kawałek stołu.

– A bawiłeś się z kimś?

– A nie…

– To tak sam się bawiłeś? Cały dzień?

– A tak… – Średni był zdecydowanie bardziej zainteresowany wzorami na obrusie niż konwersacją z własną matką.

– A w co się bawiłeś? – brnęłam dalej.

– A w chowanego…

Moje szare komórki odmówiły współpracy.

– I co, znalazłeś się? – zapytałam słabym głosem.

– No nie właśnie – z ubolewaniem w głosie odpowiedział syn i wtarł sobie masło w spodnie.

– A uboczni ostatnio na zbiórce mówili, że poznamy sekret, co to znaczy zupa – poderwała znów głowę moja córka, najwyraźniej postanawiając dać mi następną szansę na werbalne uczestniczenie w jej ciekawym życiu.

– Uboczni? Jacy uboczni? – znów nie stanęłam na wysokości zadania.

– Oj, mamo? No co Ty? Tacy od drużynowej. Ty to nigdy mnie nie słuchasz chyba – obraziła się po raz kolejny Panna F.

– Ależ słucham, słucham. I co to za sekret? Zdradzisz jak już poznasz? Może tę zupę ugotujemy razem? – próbowałam wkupić się z powrotem w łaski.

– Ech, mamo – moje dziecko pokręciło głową z rozczarowaniem – dorośli to nigdy nic nie rozumieją.
Przełknęłam obelgę. Zwłaszcza że w sumie to się z córką w tej kwestii zgadzałam.

– Mamo, mamo! – nagle ożywił się Średni – a pamiętasz, że ja miałem takie dwa żółtatki? Jeden miał taką drugą nogę, a właściwie trzecią, i ona była taka trochę bardziej? I w okularach?

Szybko przeanalizowałam dostępne dane.

– Kochanie, nie żołtatek, a minionek, nie z trzecią nogą, a z gitarą, i nie gitara była w okularach, a żółtatek. Minionek, znaczy się. Jest chyba w komodzie, w drugiej szufladzie od dołu, między tym popsutym telefonikiem a różowym słoniem – wyrecytowałam dumna z siebie, że mogłam pomóc.

– No! Dobrze! To ja bym chciał tego drugiego! – zakończył słodko synek.

Oczywiście nie miałam pojęcia, gdzie jest drugi minionek, więc musiałam pogodzić się z faktem, że po raz kolejny rozczarowałam swoje dzieci. Jakąś wieczność później, po milionach lat wypełnionych walką o zjedzenie kanapek, wypicie herbatki, wzięcie syropku, przebranie się w piżamki, umycie ząbków i wybranie maskotek do łóżka (nie idę spać bez żółtatka, łaaa!) moje dzieci usnęły. Odetchnęłam z ulgą i zabrałam się za swoje kolejne po dzieciach hobby, czyli sprzątanie, zmywanie i składanie prania. Kiedy na palcach, wstrzymując oddech, przekradałam się ze złożonymi ubraniami przez pokój najmłodszych, mój syn nagle otworzył oczy i zawołał „Mamo! Mamo!” Taka jakaś groza była w jego głosie, że cisnęłam świeżo upraną odzieżą o podłogę i rzuciłam się w stronę łóżka.

– Co kochanie? Co się stało? – zawołałam przejęta.

Średni miał otwarte oczy, trzęsącą się bródkę. Mocno złapał mnie za rękę.

– Mamo, wiesz? – zapytał scenicznym szeptem – yeti jest złe!!

– Dlaczego, kochanie? – odrzekłam zdumiona, co mu w środku nocy biedna Wielka Stopa zaszkodziła.

– Bo kradnie krasnoludki – z wielkim naciskiem syn wyszeptał wprost do mojego ucha. Następnie przewrócił się na drugi bok i natychmiast zasnął. A ja zostałam ze stertą rozrzuconego prania i dręczącym mnie do tej pory pytaniem: po cholerę yeti krasnoludki??

47 myśli na temat “Nie rozumiem swoich dzieci!

  1. Uwielbiam czytać relacje z Twoich rozmów z dziećmi 😀 Co jak co, ale nudy z nimi nie masz 😀
    U nas słowo „mama” też ma kilka znaczeń. Najczęściej oznacza co prawda mnie, ale zidentyfikowaliśmy też znaczenie dodatkowe – tj. „zrób jak mama”. Z tą oto prośbą na ustach nasz synek wyciąga ręce do taty, żeby wziąć go na ręce lub na kolana. No jak mama.

    Polubienie

  2. Nie mam jeszcze dzieci, ale już mogę powiedzieć, że wielki szacun dla Ciebie za ogarnięcie takiej gromadki :).
    No i jeszcze w tym całym zamieszaniu wiedziałaś, gdzie jest żółtak (chociaż nie ten, co trzeba) XD
    Po przeczytaniu Twojego postu dochodzę do wniosku, że dla własnego komfortu psychicznego nie musimy wszystkiego i wszystkich rozumieć, nawet kiedy chodzi o nasze dzieci 😛

    Polubione przez 1 osoba

  3. Twoje opisy świetnie nadawałyby się na książkę – od razu bym kupiła! 😉 Jak na razie, z rozumieniem mojego synka (3,5 roku) nie mam problemu. Ale kto wie jak będzie za pare lat? czasami mówi do mnie takie teksty, że nie wiem czy się śmiać, czy głębiej zastanawiać, bo jak na ten wiek naprawdę sporo ogarnia 😉

    Polubione przez 1 osoba

  4. Ostatnio mój 14 letni syn mial zadanie polskiego typu co jest ważne w zyciu w 5 zdaniach. Napisal koleżeństwo pies, gry, pewność siebie idp , nie było tam mamy ani taty. Nie ingerowalam w wartości , ale jestem dumna , że wygląda na to, że odcina pępowinę zgodnie z wiekiem . Poczułam ulgę , radość … że walczy o samodzielność. Z drugiej strony mam niezłego hopla na jego punkcie , więc szkoda , że nie jest już małym chłopcem mamusi . Jednak czas już nadszedł .

    Polubione przez 1 osoba

  5. U mnie dwójka nastolatków, każde ze swoim żargonem, czasem słucham i intensywnie pracuję nad wyłapaniem znaczenia jakiegoś słowa, które niekoniecznie z czymś mi się kojarzy. Kiedy indziej przez kilka dni otrzymuję zdawkową odpowiedź „dobrze” na każde niemal pytanie. Sama już nie wiem, który wariant lepszy. 😉

    Polubione przez 1 osoba

  6. Jestem na etapie gdzie córka na kilka znaczeń ma jedno słowo, a ty musisz się domyślić o które teraz chodzi, bo inaczej jest płacz. O i tak, pierwsze mamawzrusza, ale setne wypowiadane w nocy już mniej.

    Polubione przez 1 osoba

  7. A to wszystko przede mną 🙂 najbardziej żałuje tego że żyjemy w świecie tak zaawansowanej technologii: internet, gry, bajki o jakiś stworach. Ja mama brata 5 lat starszego i dopiero teraz kiedy jesteśmy już dorośli to cieszymy się, że się mamy

    Polubione przez 1 osoba

  8. Nazewnictwo dzieci jest słodkie i straszne równocześnie 😀 mój syn też ma swoje powiedzonka, których zupełnie nie rozumiem😀 np. abaja – słowo, które może oznaczać wszytko, w zależności od nastroju 😀

    Polubione przez 1 osoba

  9. Świetny tekst, lubię Cię czytać Kobieto bo jesteś prawdziwa i autentyczna. Ja rozumiem mowę małolatów bo mam bardzo młodych znajomych, po dwadzieścia parę lat dlatego nic mnie nie zadziwiło haha Sama zresztą czasem też używam takich słówek 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s